Narzeczony
Historia mojej najlepszej przyjaciółki Justyny przekonała mnie, że istnieje przeznaczenie.
Mojego późniejszego męża poznałam już na pierwszym roku studiów. Justyna nikomu nie umiała zaufać. Po studiach ruszyłyśmy w dorosły świat. Liczne próby skojarzenia Justyny z którymś z kolegów mojego męża spełzły na niczym.
Toteż zaskoczyła mnie, oświadczając, że była u wróżki, która wywróżyła jej... męża. Zapytałam, kto nim, według wróżki, zostanie. Odpowiedziała, że będzie miał na imię tak jak jej ojciec, czyli Grzegorz. Nie byłam pewna, czy Justyna traktuje tę przepowiednię poważnie. Okazało się, że tak. Po powrocie z wakacji zadzwoniła do mnie z wiadomością, że poznała w Maroku polskiego podróżnika o imieniu wskazanym przez wróżkę i że się w sobie zakochali.
Wkrótce Justyna i Grzegorz ustalili datę ślubu na pierwszy dzień wiosny. Przed ślubem Grzegorz musiał pojechać na wyprawę etnografów do Australii. Justyna zajęła się przygotowaniami do ślubu. Mojego męża poprosiła o zaprojektowanie zaproszeń. Chciała, żeby wykorzystał do tego zdjęcia jej i Grzegorza. Po kilku próbach mąż uznał, że jednak zastąpi fotografie graficznym portretem narzeczonych. Justynie projekt się spodobał. Poprosiła o wydrukowanie zaproszeń, nie czekając na narzeczonego, który nie wrócił, mimo że pozostali uczestnicy już przyjechali do kraju. Od nich dowiedzieliśmy się, że Grzegorz postanowił dotrzeć do żyjących z dala od cywilizacji Aborygenów.
Mijały jednak tygodnie, a on nie odzywał się. Minął pierwszy dzień wiosny, pierwszy dzień lata i jesieni. Minęły trzy lata bez żadnych wieści. Justyna godziła się z myślą, że jej narzeczony nie wróci. Pocieszała się, że z jakichś powodów wybrał życie wśród tubylców. W obliczu tak bolesnej straty nie miało znaczenia, że okazało, iż Grzegorz tak naprawę miał na imię Adam. Dokładnie Adam Grzegorz, a więc wedle wróżby... nie był tym, który miał być jej przeznaczony.
Po niedoszłym ślubie pozostało w komputerze zaproszenie. Któregoś dnia zobaczył je nowy pracownik studia graficznego, należącego do mojego męża.
Kawaler, poszukujący swojej drugiej połowy. Powiedział, że skoro przygotowaliśmy taki ładny projekt, to chętnie poznałby „narzeczoną". W pierwszej chwili nie zrozumieliśmy, o co mu chodzi. Dopiero potem skojarzyliśmy, że ma na imię Grzegorz! I że nosi takie samo nazwisko, jak zaginiony narzeczony Justyny! Muszę dodać, że bardzo popularne nazwisko. Ale to nie mógł być zwykły zbieg okoliczności.
Przedstawiliśmy sobie „narzeczonych". Reszta zależała... od przeznaczenia. Tym razem zadziałało bezbłędnie. Nasi przyjaciele są do dziś szczęśliwym małżeństwem. O Adamie „Grzegorzu", zaginionym podróżniku, nadal nie ma wiadomości. Ale mamy nadzieję, że żyje szczęśliwy gdzieś w głębi Australii.
KAROLINA
Artykuł pochodzi z Wróżki
-
-
Artykuly, które warto przeczytać